Iran-orientalny smak starożytnej Persji

Głównym celem naszego wyjazdu do Iranu było wejście na jego najwyższą górę, a w zasadzie drzemiący wulkan, zwany Damavand.  Ma on wysokość 5610 m n.p.m. i jest położony  ok. 70 km na północny wschód od Teheranu. Jest on owiany perską mitologią, opowieścią o trzygłowym smoku Zohaku, który zjadał mężczyzn, aby nakarmić węże wyrastające z jego ramion. Jednak po pewnym czasie, bohater o imieniu Feridun, postanowił rozprawić się z gadziną i przykuł ją łańcuchami w jaskini na zboczu Damavandu. Od tamtej pory, gdy Zohak krzyczy i szamota się, wulkan trzęsie się, jakby zaraz miał wybuchnąć. Większość turystów wychodząca na wulkan, to Persowie. Największą trudnością w całym trekkingu na szczyt wulkanu jest wysokość, ale poświęcając odpowiednią ilość czasu na aklimatyzację, nie powinno się mieć większych trudności. U mnie i moich kolegów (Wojtka i Janusza), jednak trochę wysokość dała się we znaki. W różnych odstępach czasowych wystąpiły u nas nudności, lekki ucisk na głowę, czy zwyczajna zadyszka, która na tych wysokościach łapie momentalnie. Obniżona zawartość tlenu była wyraźnie wyczuwalna. Ale między innymi po takie doświadczenia tam pojechałem. Na szczyt Damavandu weszliśmy trasą południową, która okazała niezwykle malownicza. Poranki zdecydowanie należały do najpiękniejszych momentów tego wyjazdu, a zwłaszcza ten jeden, w miejscu noclegu na 5000 m. n.p.m. Po otworzeniu wejścia do namiotu, naszym jeszcze zaspanym oczom ukazało się płynące poniżej nas morze chmur,  oświetlone miękkim światłem wschodzącego słońca. Dla takich widoków po prostu chce się żyć! Chodzenie na zaciężnego bez wątpienia ma swoje plusy. Może i dźwigamy dużo więcej, ale za to jesteśmy wolni, nie musimy się tak spieszyć, śpimy gdzie chcemy i wstajemy z klasą 🙂 W szczytowych warstwach wulkanu, można było zaobserwować pięknie uformowane penitenty, żółtawe kamienie pokryte siarką, czy też wulkaniczne wyziewy, koło których trzeba było momentami przechodzić na bezdechu. Godną uwagi atrakcją jest też 13-metrowy lodospad, znajdujący się na wysokości około 5000 m n.p.m.

Po pomyślnie zrealizowanym planie wejścia na wulkan, udaliśmy się do małej miejscowości, która znana jest z wykorzystywania wód termalnych. Pewnie zastanawiacie się czym, albo jak tam dotarliśmy. Odpowiedź jest bardzo prosta….autostopem! Po kraju ajatollahów można bez problemu poruszać się w ten sposób. Czasami nawet nie trzeba wyciągać ręki, wystarczy tylko stanąć przy drodze 😀 Irańczycy są mocno zainteresowani zagranicznymi przybyszami i ich światem. Łatwo nawiązuje się z nimi kontakty, a przeważnie następuje to z ich inicjatywy. Nie bądźcie zdziwieni, jeżeli przypadkowe osoby będą chciały sobie robić z wami zdjęcia, jak co najmniej z jakąś gwiazdą filmową 😀 Po dotarciu do miejscowości, najpierw poszliśmy na herbatkę, a następnie trafiliśmy do prywatnego domu z basenem termalnym dla lokalesów. Wynajęliśmy tam nocleg, a jego negocjacje były naprawdę ciekawe, ponieważ właściciele mówili tylko w farsi. Kolorytu wyjazdowi dodał mi też niesamowity śpiew muezina, który zbudził mnie około piątej nad ranem. Następnego dnia pojechaliśmy nad Morze Kaspijskie. Wchodząc do morza, praktycznie nie czułem różnicy temperatur między wodą, a powietrzem. Wieczorem pozwiedzaliśmy trochę nadmorskie miasto, gdzie natknęliśmy się na klimatyczne miejsce do palenia shishy. Tak naprawdę, dopiero w nocy życie towarzyskie tam rozkwita i zwiększa się ruch we wszelkich restauracyjkach, teahousach. Irańczycy lubią spotykać się w parkach i wspólnie spędzać tam czas, np. grillując, czy paląc fajki wodne, które zastępują im alkohol. W samym Teheranie spędziliśmy mało czasu, ale udało się zajrzeć do kilku parków, poszwędać się po naprawdę ogromnym bazarze, czy poobserwować trochę życie miejskie. To, co dzieje się na tamtejszych ulicach, przerosło nasze wyobrażenia. Jazda pod prąd, przewożenie drzwi, albo kilku ogromnych dywanów na motorze nie powinno wcale dziwić. To dopiero początek góry lodowej 😀

Iran jest jeszcze wciąż niedocenianym turystycznie krajem, który zasługuje moim zdaniem na większą uwagę. Zwykli ludzie są tutaj przyjaźnie i pozytywnie nastawieni do otaczającego ich świata. To właśnie w irańskim sklepie przytrafiła mi się niecodzienna sytuacja, która daje dużo do myślenia. Wybrawszy kilka produktów, poszedłem z nimi do kasy, żeby jak to zwykle bywa, zapłacić za nie. Sprzedawca nie chciał jednak przyjąć żadnych pieniędzy ode mnie i pozostawał przy swoim stanowisku, pomimo mojego nalegania. Nie miałem wyboru 🙂 …skończyło się na uścisku dłoni, uśmiechach i kilku zwrotach grzecznościowych. Mógłbym podać jeszcze kilka innych, podobnych przykładów, ale czy nie warto doświadczyć tego samemu? 😉

Autor: Michał Bardian, autor bloga zewpodrozy.pl

Poznaj także: